Nie bajka, niestety, o granicy
Z założenia na tym blogu miało
być krótko, dowcipnie i rodzinnie. Miały być bajki. Niestety, rzeczywistość
nagle stała się zupełnie niebajeczna w stopniu daleko większym niż zwykle –
więc tak się nie da.
Chodzi oczywiście o sytuację na
naszej granicy z Białorusią, a szerzej – o problem państwa, państwowości,
państwa narodowego.
Żeby się w tym nie pogubić,
omówimy temat w punktach:
1. 1. Czy
istnieje związek pomiędzy skuciem w kajdanki, zatrzymaniem w dniu 6 marca 2024
roku i (czasowym, na szczęście) osadzeniem w areszcie trzech żołnierzy, którzy
odważyli się oddać kilka strzałów w powietrze w trakcie incydentu z
udziałem dużej grupy uzbrojonych w niebezpieczne przedmioty imigrantów a
śmiercią 21-letniego żołnierza 1 Warszawskiej Brygady Pancernej, zranionego
nożem na tej samej granicy w dniu 28 maja 2024 roku?
Odpowiedź: tak, istnieje
związek. Temu nie można zaprzeczyć. Nawet, jeśli nie jest to prosty związek
przyczynowo – skutkowy, to nie można się dziwić, iż po tym, jak Żandarmeria i
Prokuratura Wojskowa publicznie, nie kryjąc się wcale ukarała (tak, tak –
w Polsce prokuratura i policja lub Żandarmeria jak najbardziej mogą karać
ludzi, a nie tylko – wnioskować o ich ukaranie do sądu: bo czymże innym niż
karą właśnie jest publiczne upokorzenie polegające na skuciu w kajdanki i
doprowadzeniu przed oblicze prokuratora..???) żołnierzy, którzy ośmielili się
strzelać w powietrze – inni żołnierze będą bali się uciec do takiego kroku? No
i mamy to co mamy…
2. 2. Czy
jedynym winnym sytuacji na granicy jest odwołany właśnie prokurator Tomasz
Janeczek (mianowany przez złowrogiego ministra Ziobrę, czyli w domyśle – PiSowski
kret, ryjący pod Jedynym Słusznym
Rządem)?
Odpowiedź: nie, nie jest JEDYNYM
winnym. Prokurator Janeczek oczywiście łże twierdząc, że nic o sprawie nie
wiedział. Wiedział i już wczoraj pokazano na to dowody, w tym jego pieczątkę i
odręczny podpis pod dekretacją notatki służbowej. Natomiast twierdzenie, że
prokurator Janeczek to jedyny winny – co najmniej zaniedbania, jak nie
PiSowskiego spisku, zmierzającego do podminowania pozycji rządu tuż przed
wyborami do Parlamentu Europejskiego, to bzdura.
Tak można by twierdzić, gdyby
sprawa wydarzyła się wczoraj. No – tydzień temu. Ale trzy miesiące to
absolutnie dość, a nawet o wiele za wiele czasu na to, aby szczegółowe
informacje o przebiegu wydarzeń dotarły zarówno do obu zainteresowanych
ministrów, jak i do samego premiera. Tym bardziej, że nikt tego incydentu nijak
nie ukrywał. Owszem, opinia publiczna (w tym również piszący te słowa) dowiedziała
się o sprawie przedwczoraj – ale nie dlatego, że publicznych doniesień na ten
temat nie było, tylko dlatego, że nie pojawiły się one w mediach głównego nurtu.
Rząd jednak śledzi na bieżąco nie tylko Onet, fejsbuk czy TVN. Piszący te słowa
pracował przy tworzeniu porannej „prasówki” dla Ministra Spraw Wewnętrznych 25
lat temu i wie, co pisze w tej kwestii.
Przeciw hipotezie „PiSowskiego
spisku” świadczy kilka argumentów:
i) Gdyby PiS był tak sprawnym spiskowcem, to by
wciąż rządził. Tymczasem nie rządzi, bo przegrał wybory, a dowody jego
nieudolności walają się po całym kraju stosami.
ii)
Wybory do Parlamentu Europejskiego pod względem
politycznym są kompletnie nieistotne (Nota Bene: to jeden z ważniejszych argumentów
za tym, aby Unii Europejskiej w żadną federację, czy nawet tylko konfederację
państw NIE przekształcać! Bo jak to się raz stanie, to już nigdy w Polsce
żadnych więcej ISTOTNYCH politycznie wyborów nie będzie…). Montowanie tak długotrwałego
i skomplikowanego spisku po to, aby odpalić go tuż przed wyborami właśnie do
Parlamentu Europejskiego – jest kompletnym bezsensem. To by było strzelanie z
armaty do komara. To już wybory samorządowe były ważniejsze…
iii) Fakt, iż prokuratora Tomasza Janeczka mianował
na jego stanowisko złowrogi minister Ziobro to akurat dość ważki argument za
przypuszczeniem, iż prokurator Janeczek jest człowiekiem z natury dyspozycyjnym
wobec przełożonych – kimkolwiek by oni nie byli. Złowrogi minister nie słynął z
szacunku dla ludzi niezależnych, pryncypialnych i odważnych…
Biorąc na chwilę za dobrą monetę
narrację Donalda Tuska jakoby o sprawie aresztowanych żołnierzy dowiedział się
dopiero z Onetu należałoby przyjąć, iż jeśli nie sam Tusk, to jemu bezpośrednio
podległy personel polityczny (jego biuro prasowe, biuro informacji i promocji –
no jak zwał, tak zwał…) uznał wcześniejsze informacje w tej sprawie za
nieistotne.
Bo te informacje wcześniej na
pewno były. Wiemy to bez żadnych wątpliwości.
Ba! Tego oczywiście nie wiemy na
pewno, ale znając trochę rzeczywistość i naturę ludzką powinniśmy się
spodziewać, iż zarówno do Ministerstwa Obrony Narodowej, jak i do Ministerstwa
Sprawiedliwości, a zapewne także i do Kancelarii Premiera informacje w sprawie
aresztu i śledztwa przeciw żołnierzom przychodziły nie tylko za sprawą
enuncjacji publicznych Prokuratury Wojskowej i Żandarmerii.
Jak również nie tylko w postaci
oficjalnych raportów czy notatek służbowych tych dwóch instytucji.
W każdej hierarchicznej
strukturze pods..anie, tj., przepraszam, oczywiście – złożenie doniesienia – na
swojego zwierzchnika jest najkrótszą, najprostszą drogą do tego, aby zająć jego
miejsce.
Gdyby ktokolwiek w Białymstoku
ośmielił się choć przypuścić, że to, co się dzieje, dzieje się bez wiedzy i
wbrew intencjom rządu – w dyrdy poleciałby do Warszawy z donosem.
Zatem – albo nikt takiego przypuszczenia
nie wysnuł (musiały zatem istnieć mocne przesłanki do mniemania, iż TEGO WŁAŚNIE
chce zarówno minister Kamysz, jak i sam premier Tusk…), albo, jeśli wysnuł i z
donosem poleciał – to donos ten i tu i tam – zignorowano.
To nie jest zatem pojedyncza
pomyłka, incydent, przeoczenie. Informacje przez trzy miesiące powinny były
docierać i na pewno docierały do wielu osób w Warszawie.
Wszystkie te osoby jednomyślnie
sprawę zignorowały.
Napiszę Wam jak było. Nie,
żebym w TYM AKURAT brał udział – ale dostatecznie
długo pracowałem w podobnych, hierarchicznych strukturach i dostatecznie dobrze
znam przykłady podobnych „epidemii błędu” w dziejach, by nie mieć w tej materii
wielkich złudzeń.
Zadziałał „głuchy telefon”.
Tuż przed wyborami
parlamentarnymi był osławiony film Agnieszki Holland, na którym cała opozycja
zalewała się rzewnymi ślozy nad losem kobiet i dzieci katowanych przez
faszystowski reżim PiS i jego podłych sługusów. To stworzyło „tło emocjonalne”,
istotne dla dalszego przebiegu wypadków.
Kiedy nowy rząd zasiadł w swoich
gabinetach, rozpoczęła się roszada stanowisk w podległych mu służbach. W moich okolicach
zwolniono już nawet nadleśniczego – ale, o ile dobrze pamiętam, wciąż trwają
zakulisowe walki o to niezwykle lukratywne stanowisko i na razie nie ma jego
następcy. W Prokuraturze Wojskowej i w Żandarmerii nie było inaczej – no bo niby
dlaczego miałoby inaczej być?
Stąd – jeśli prokurator Janeczek aż
do dziś zachował swoje stanowisko to jedno z dwojga: albo było zbyt wielu
jednakowo „mocnych” kandydatów na jego następcę i się nawzajem skutecznie
zaszachowali – albo minister Kamysz na spółkę z ministrem Bodnarem uznali, że
taki lojalny, dyspozycyjny funkcjonariusz może otrzymać szansę rehabilitacji za
kolaborację z ich złowrogimi poprzednikami.
W każdym razie, patrząc z
zewnątrz – tak to mogło wyglądać. A dla zadziałania „głuchego telefonu” samo
wrażenie jest już zupełnie wystarczające…
Rzecz jasna, po każdej kolejnej
roszadzie odbywały się z pewnością spotkania. Sam premier i odpowiedni
ministrowie spotkali się z nowymi szefami służb: Prokuratury, Żandarmerii,
Straży Granicznej, Wojska. Przy okazji tego spotkania NA PEWNO była mowa o imigrantach
na granicy z Białorusią.
Stawiam dolary przeciw orzechom,
że premier i ministrowie robiąc przy tym srogie miny pomstowali na „przekraczanie
uprawnień” i „niedopuszczalne praktyki” za słusznie minionych rządów
złowrogiego PiS.
Nowo mianowani szefowie służb
odbyli następnie spotkania w gronie swoich (nowych i starych, zależy jak gdzie
miotła zamiotła…) bezpośrednich podwładnych. Temat imigrantów zapewne zajął
poczesne miejsce podczas tych spotkań, tym pocześniejsze, że stanowi główne
zmartwienie tych służb.
Jak nic nowi szefowie ubarwili
jeszcze pomstowania swoich politycznych zwierzchników, a miny to już robili tak
srogie – że strach..!
Kiedy ta „kaskada” doszła do
poziomu prokuratury w Białymstoku, tudzież lokalnych jednostek Straży
Granicznej i wojska – musiało to wręcz przypominać maoryski taniec „haka”…
No i pyk. Tło emocjonalne plus kaskada coraz groźniejszych min – i mamy to, co mamy.
3. 3. A
co właściwie mamy..? I dlaczego ta sprawa jest w ogóle taka ważna..?
Odpowiedź: mamy najpoważniejszy
kryzys państwa polskiego po 1989 roku. Mimo, że pozornie stało się niewiele, to
dalsze konsekwencje mogą być tragiczne – dla każdego z nas oddzielnie i dla
wszystkich razem tak samo.
Dlaczego tak uważam? Dlatego, że
struktury siłowe państwa to, wbrew pozorom, niezwykle delikatne narzędzie.
To są przecież ludzie.
Nie roboty.
Nie robo-copy.
Ludzie mają obawy, nastroje,
potrzeby, emocje – cały ten bagaż który, w chwilach kryzysu i napięcia wcale
nie znika, tylko właśnie – wychodzi na wierzch.
Dlatego, że walczą ze sobą ludzie
a nie „systemy uzbrojenia” strategia po dziś dzień jest sztuką, a nie nauką.
Dowódca, nim wskaże cele i wyda
rozkazy – najpierw musi wprawić swoich podwładnych w taki nastrój, by mieć
racjonalnie uzasadnione przekonanie, że rozkazy zostaną wykonane.
W przeciwnym wypadku – po co je w
ogóle wydawać..? Jeśli czytaliście „Małego Księcia”, to wiecie o czym piszę…
Otóż to, co się stało w żadnym
razie nie sprawi, że od tej pory żołnierze i strażnicy graniczni będą traktować
imigrantów z miłością i szacunkiem.
Oj nie!
Oni będą traktować ich ze
strachem.
Strach to dużo prostsza i dużo pierwotniejsza
emocja od miłości i szacunku.
A także – totalnie niszcząca
efektywność jakiegokolwiek działania struktur siłowych.
Nie będzie wcale łatwo naprawić
zło, które się wydarzyło. Pospieszne, nieszczere i oczywiście koniunkturalne
decyzje i wypowiedzi premiera Tuska – to żaden plaster na tę ranę. Pan premier
może sobie całą tę gorączkę w… buty wsadzić. Było nie przegapiać sprawy.
Teraz – potrzeba będzie miesięcy
albo i lat, aby odbudować zaufanie, wiarę w siebie i wiarę w słuszność swojego
postępowania u żołnierzy i strażników granicznych.
Pytanie – czy mamy tyle czasu..?
I czy w ogóle taka próba odbudowy morale zostanie konsekwentnie wdrożona..?
Bo jeśli WSZYSTKO jest tylko koniunkturalną
grą polityczną, wszystko służy tylko wyborom (choćby i najmniej istotnym…) – to
czy jest gdzie w ogóle szukać potrzebnej determinacji i wytrwałości?
Potencjalna klęska rządzącej
koalicji w wyborach do Parlamentu Europejskiego nic tu nie zmieni. Ona po
prostu nie ma żadnego znaczenia – ani dla polityki krajowej (co oczywiste), ani
dla polityki europejskiej (ponieważ gdyby nawet PiS przejął całą polską
reprezentację w Parlamencie Europejskim, co oczywiście jest totalnie
niemożliwe, to ta reprezentacja jako taka sama w sobie nie ma żadnego znaczenia…
- przy tym: PiS w ciągu 8 lat rządów ZAWSZE ustępował Brukseli – w każdym razie
zawsze, gdy chodziło o coś naprawdę istotnego, a nie o orzeszki…).
Piszący te słowa do wczoraj nie
wierzył w możliwość ataku Rosji na NATO w ogólności, a na Polskę w
szczególności. Rosja nie ma kim, czym ani na czym takiego ataku skutecznie przeprowadzić.
To znaczy – nie miała.
Do wczoraj.
Walczą ze sobą ludzie, a nie „systemy
uzbrojenia”.
Dlaczego ludzie noszący mundury
Wojska Polskiego mieliby teraz walczyć, narażając swoje własne zdrowie i życie –
skoro nie mają pewności, że walcząc, a nie poddając się lub uciekając, robią
dobrze..?
Dlaczego mieliby się narażać
skoro, najwyraźniej, ich życie i zdrowie jest co najmniej obojętne rządzącej
elicie..?
Te trzy miesiące obojętności
praktycznie skasowały 20 lat polskiej obecności w NATO…
O ile to była obojętność. A nie
celowe działanie, które ma podważyć sens istnienia polskiego państwa narodowego.
Co oczywiście jest już teorią spiskową, to prawda, nie wypieram się.

Komentarze
Prześlij komentarz