O "zasadzie kopernikańskiej" w życiu społecznym
Znowu ani krótko, ani bajkowo - ale takie mamy czasy!
W naukach ścisłych "zasadą kopernikańską" nazywamy postulat, aby wszystkie elementy rzeczywistości traktować jednakowo, zakładać iż czas i przestrzeń oraz prawa przyrody - wszędzie są takie same, nie ma miejsc, ani momentów szczególnie wyróżnionych.
Różnie to z tą "zasadą kopernikańską" w tychże naukach bywa. Nie miejsce ani czas, żeby tutaj się nad tym szczególnie pochylać. W każdym razie w granicach tej rzeczywistości, którą badamy w miarę bezpośrednio - świat rzeczywiście wydaje się być jednorodny i brak w nim jakichś oczywistych "miejsc uprzywilejowanych". Żyjemy sobie na planecie ani wielkiej, ani małej, tylko takiej zupełnie w sam raz - i, wszystko na to wskazuje, dość podobnej do nieprzeliczonej liczby innych planet. Planeta ta orbituje wokół typowej, bardzo w obserwowanym kosmosie często spotykanej gwiazdy, która to z kolei, typowa i częsta w kosmosie spotykana gwiazda krąży po dość peryferyjnym torze wokół jądra bardzo typowej galaktyki, podobnej do miliardów innych galaktyk. Itd., itp.
W życiu społecznym "zasada kopernikańska" wydaje się postulatem zdroworozsądkowym. I naturalnym, gdyż pozwala na odrzucanie podszeptów próżnej pychy. Typowy Polak to taki sam człowiek jak każdy inny - i niczym szczególnym "z natury" nie różni się od, dajmy na to, typowego Irlandczyka, Włocha czy Niemca.
Niczym szczególnym, poza historią - która, co równie oczywiste, w jakimś stopniu determinuje aktualną teraźniejszość.
Cały "myk" polega na tym, że nie musimy, na potrzeby niniejszych rozważań, roztrząsać w jakim stopniu owa historia nas determinuje i jak (co oczywiście jest przedmiotem żywych sporów, a jakże!). Nie musimy właśnie dzięki "zasadzie kopernikańskiej". Skoro bowiem nic poza historią nas nie różni - to już roztrząsanie, jak ona, ta historia, to robi, że nas różni - jest zbędne. Po prostu wszystkie różnice przypiszemy, bez dalszych dywagacji - właśnie historii, a nie czemuś innemu (genetyce, "przeznaczeniu", "duchowi narodu", czy innym bytom, których istnienia w tym momencie nie zakładamy...).
Z powyższego wynika prosta obserwacja, która znakomitej liczbie naszych publicystów zdaje się kompletnie umykać: Polacy, dokładnie tak samo jak Czesi, Słowacy, Litwini, Ukraińcy czy, na przykład Estończycy - jak wszystkie, bez żadnego wyjątku narody "postkomunistyczne" - są narodem do bólu plebejskim.
Co to znaczy? To znaczy tyle, że ani w Polsce, ani nigdzie indziej po tej stronie dawnej "Żelaznej Kurtyny" nie istnieje taka warstwa albo grupa społeczna, która mogłaby z minimalnym bodaj sensem rościć jakieś historyczne pretensje do przywództwa. Choćby kontestowane (jak pretensje "intelektualistów" i tzw. "mieszczaństwa" we współczesnej Francji...).
Nie ma takiej grupy. Niezależnie od takich czy innych snobizmów czy indywidualnych albo grupowych uroszczeń - snobizmu te czy uroszczenia są tak absurdalnie świeże, że mogą budzić śmiech, albo litość - i nic więcej.
Wszędzie, gdzie tylko panował komunizm, historyczne elity zostały zniszczone fizycznie (wymordowane lub wygnane) i ekonomicznie (ci, którzy przeżyli, zostali pozbawieni majątków, a tym samym także - wpływu na materialną rzeczywistość).
Oczywiście natura nie znosi próżni i w miejsce elit zniszczonych fizycznie i ekonomicznie, natychmiast powstały elity nowe. Bez "szlachty" rządzić się nie da, to jasne. Tylko taka "szlachta", u której jeszcze dziadek czy babka zajmował się, w najlepszym razie, rozrzucaniem gnoju (niezmiernie często zaś - kradzieżą i rozbojem, bo margines społeczny najlepiej zaadaptował się do komunistycznej rzeczywistości i stanowił "jądro" nowej "szlachty", czyli - partyjnej nomenklatury...) - sensownie żadnych "historycznych pretensji" do przywództwa podnosić nie może.
Jedyne w regionie różnice wiązały się z pochodzeniem tej dawnej, fizycznie i ekonomicznie zniszczonej elity. W Rosji, Polsce, Rumunii, Bułgarii i na Węgrzech - była ta, co do zasady, elita miejscowa. Natomiast w Czechach,na Słowacji, na Litwie czy na Ukrainie - obca (albo obca od początku, jak w Czechach czy na Słowacji, albo miejscowa, która ongiś się wynarodowiła - jak na Litwie czy na Ukrainie...).
Ta różnica w praktyce może jedynie przekładać się na skalę ukrytego poczucia winy u "następców". Ostatecznie - Czesi pozbyli się Niemców, Litwini czy Ukraińcy Polaków - i mogli to sobie racjonalizować w kategoriach "walki plemiennej". Ale polskie (rosyjskie, węgierskie, itd.) "elity historyczne" - wymordowane i wydziedziczone zostały w znacznym stopniu rękoma samych Polaków (nawet, jeśli wydatnie wspartych sowieckimi bagnetami...).
Co z tej plebejskiej natury i braku historycznych elit wynika..?
No cóż. Zgodnie z "zasadą kopernikańską", typowy Polak niczym szczególnym nie różni się od typowego Irlandczyka.
Skoro zatem Irlandczycy po osiągnięciu określonego poziomu dobrobytu i lekkości życia raptownie się zlaicyzowali - to i Polaków, dokładnie w tym samym momencie dziejów i dokładnie z tej samej przyczyny, laicyzacja nie ominie.
Jakoż widzimy na własne oczy, że z buńczucznych zapowiedzi kardynała Glempa z czasów "referendum akcesyjnego" 21 lat temu, jak to "zewangelizujemy grzeszną Europę" - wióry zostały. Plewy. Pusty śmiech..!
Nie omija nas żadna z plag współczesnego świata: konsumeryzm, katastrofa demograficzna, rozpad kultury.
Niby na jakiej podstawie ktokolwiek mógłby sądzić, że cokolwiek z tego nas ominie..? Dlaczego..?
Nikt jeszcze na całym świecie nie wymyślił i nie wdrożył żadnej skutecznej polityki dającej dodaj cień nadziei na rozwiązanie któregokolwiek z tych problemów.
Buńczuczne zapowiedzi naszych liberałów spod znaku "Konfy" mają tę samą wartość co buńczuczne deklaracje kardynała Glempa sprzed dwóch dekad. Jeśli nawet uda im się kiedyś przejąć władzę i zaprowadzić liberalizm - sytuacja naszej demografii i naszej kultury może się od tego jedynie pogorszyć.
Nie jest już możliwy żaden wzrost gospodarczy w Polsce bez imigrantów. Brak rąk do pracy i basta. Tak samo dzietność - może jedynie spadać i nic się z tym nie da zrobić. Im bogatsi będą Polacy, im więcej z nich będzie stać na "dom pod miastem, dwa samochody i wakacje" - z programu Mentzena - tym więcej będzie potrzeba gastarbeiterów, tym mniej urodzi się dzieci, tym więcej małżeństw się rozpadnie i tym szybsza będzie laicyzacja.
Dlaczego? Dlatego, że tak się dzieje wszędzie! Z jakiej racji akurat Polska miałaby być wyjątkiem..?
Jeśli pytacie - to nie mam żadnego pomysłu na to, by "coś z tym zrobić". Jedyne, co mogę, to jak najlepiej wychować własne dzieci. I dawać im jak najlepszy przykład.
Oraz modlić się. U Boga nie ma nic niemożliwego. Dał Abrahamowi i Sarze syna w ich starości, to może i uratować Polskę. My nie możemy. Nie ma takiej możliwości w granicach dostępnych ludzkiemu działaniu...
No dobrze - to co z tą naszą "plebejskością"..?
A - nic wielkiego! Po prostu nie należy się po naszych postępowcach i antyklerykałach zbyt wiele spodziewać.
Chłopski antyklerykalizm opiera się na dwóch filarach:
1. "Ksiondz nyi robi, a mo..!" - czyli na najprostszej, najbardziej prymitywnej zawiści.
2. "Jak Kali kraść krowy, to dobrze!" - czyli na skrajnym pragmatyzmie, który odrzuca wszelką moralność w imię wygody, skuteczności i świętego spokoju.
Maksimum tego, na co te smutne typy mogą się zdobyć, to splagiatowanie fantazji Jana Jakuba Rousseau sprzed 250 lat (zwykle nawet tego nie zauważając...) albo współczesna wariacja na temat "higieny rasowej" w stylu Gobineau lub Rosenberga (por. obrzydliwy tekścik - zdecydowanie nie polecam osobom o wrażliwych nerwach...).
I to jest w sumie dobra wiadomość z punktu widzenia konserwatysty!
Wszystko, o co musimy dbać, to dobry smak. Jak w czasach Mistrza Herberta:
Komentarze
Prześlij komentarz