"Cancel culture" po polsku
Jakiś czas temu pisałem na Fejsie o serialu "Dewajtis". Już wtedy (zerknijcie do pierwszego komentarza) niewiarygodne wydało się nam zamknięcie wątku kupca Gierasimowa. Był to jeden z powodów, może nawet najważniejszy, dla którego nabyłem drogą kupna egzemplarz powieści Rodziewiczówny.
I co się okazuje..?
Okazuje się, że w powieści żadnego Gierasimowa... nie ma!
Cała intryga z wyrębem lasu (w tym tytułowego dębu) uknuta jest przez utracjusza Witolda w porozumieniu z kowieńskimi Żydami. I to jednego z tych Żydów nokautuje pod Dewajtisem Marek Czertwan.
Za czym ów - nie wymieniony nawet przez autorkę z imienia - Żyd, pozbawiony możliwości dochodzenia swoich roszczeń, zarówno do wręczonych już Witoldowi 10 tysięcy rubli, jak i do odszkodowania za uszczerbek na własnym zdrowiu i honorze (przy czym ów brak możliwości skutecznego dochodzenia roszczeń drogą prawną wynika zarówno z zeznań - fałszywych - Ireny Orwidówny, co w serialu pokazano, jak i z łapówki, którą wręczył carskiemu żandarmowi Marek Czertwan - czego już na ekranie nie zobaczymy...) - wpada w zrozumiałą rozpacz, wysyła podpalacza, podpalacz daje się złapać na gorącym uczynku, zagrożony linczem natychmiast zdradza, kto go przysłał - i Żyd wędruje na katorgę, a dąb szumi dalej.
Generalnie, muszę powiedzieć, że serial jest... lepszy niż powieść! Rodziewiczówna pisała bardzo lakonicznie. Istotne dla rozwoju akcji informacje podaje jednozdaniowymi komunikatami, lub zgoła wtrąceniami. To oczywiście częściowo wynikało ze względów cenzuralnych (powieść wydano przed I wojną światową, więc wciąż pod panowaniem rosyjskim, jasne, że nie można było opowiedzieć w szczegółach dlaczego i jak Czertwanowie stali się "opiekunami" majątku Poświcie i skąd rodzina Orwidów w Ameryce...).
Mam jednak wrażenie, że Maria Rodziewiczówna, będąc pisarką bardzo płodną - generalnie nie miała tendencji do wylewności w pisaniu. Rozumiem to. Sam tak mam. Jeśli nie zostałem pisarzem, to oczywiście głównie dlatego, że pisanie czegokolwiek w dzisiejszych czasach nie ma najmniejszego sensu (zgodnie ze znanym aforyzmem Mistrza Lema...) - ale po części również dlatego, że zawsze miałem więcej pomysłów niż cierpliwości do ich cyzelowania słowem.
W serialu takie jednozdaniowe wzmianki zostały rozbudowane - na ogół zgrabnie i z sensem (choć cały pomysł z lipną "sprzedażą" Poświcia Pawłowi Czertwanowi jest jednak słaby, naprawdę mało prawdopodobne, żeby carskie władze dały się na to nabrać - no ale to już wina Rodziewiczówny, nic na to nie poradzimy...).
Jacek Łyskawa, autor adaptacji, zrobił naprawdę dobrą robotę. Słusznie pominął wątek Kazimierza Czertwana, starszego brata Witolda - bo wątek ten w powieści niczego nie posuwa naprzód i niczemu właściwie nie służy. Słusznie rozbudował wątek dębu, w powieści, mimo tytułu, głównie sygnalizowany, a nie opisywany (choć dodanie pogańskich idoli, wystawianych w niszach drzewa, które przechowuje potem na plebanii ksiądz Nerbalis - wydaje się nadmiarem grzybów w barszczu, w powieści tego nie ma i właściwie nie wiadomo czemu ma to służyć..?).
Po co mu zatem ten Gierasimow..? Po co niewiarygodna, niezrozumiała przemiana pewnego siebie kupca - w oszalałego podpalacza? Co to jest 10, 20 czy 30 tysięcy rubli dla petersburskiego potentata, żeby od ich utraty miał zaraz wariować..? Jeśli nawet blaguje chwaląc się koneksjami w Ochranie - to możliwości dochodzenia należności i roszczeń, w tym na honorze - Rosjanin wobec Polaków czy Litwinów pod rosyjskim panowaniem - miał aż nadto, żeby tak zaraz desperować!
Skąd nagła bezstronność i skuteczność działania rosyjskich władz? OK - żandarm może się cofnąć przed tłumem uzbrojonych w siekiery Żmudzinów, to zrozumiałe. Ale żeby tak zaraz kibitką na Sybir bogatego rosyjskiego kupca - w Rosji! - wysyłać, żadnych łapówek ani od jednej, ani od drugiej strony nie biorąc..? Widz gotów pomyśleć, że ten cały carat nie był taki zły...
No nie da się nie pomyśleć że wszystko to po to - aby nie było na ekranie "kowieńskich Żydów"..!
Żydzi w powieści występują względnie często. Żydom Marek Czertwan sprzedaje ryby wyłowione z jeziora dzierżawionego na spółkę z Łukaszem. Rozmawia z nimi kilkukrotnie, skupuje od nich weksle swojej rodziny, spotyka na ulicach Kowna i na wiejskich drogach.
Nie jest to żaden "antysemityzm" Rodziewiczówny - tylko naturalny element scenografii. Tak po prostu było. W Kownie mieszkało wielu Żydów - i część z nich trudniła się handlem (w tym handlem drewnem) i/lub lichwą.
Aż boję się zapytać - o co tu chodzi..? No ale dobra, zapytam. Robię to tylko po to, żebyście Wy, Drodzy Państwo - pytać nie musieli!
Czy chodzi o to, żeby fakt obecności - historycznej! - Żydów na ziemiach dawnej Polski pominąć i przemilczeć..?
Czy też chodzi o to, że (przynajmniej w polskim filmie) - Żyd nie może postąpić źle, nie może być "czarnym charakterem"..?
Podobnie zrobił Wajda w "Ziemi Obiecanej" (skąd usunąć Żydów nie było możliwości, ale już "wybielić" ich, w stosunku do powieści Reymonta - bardziej się w filmie chyba nie dało..).
Komentarze
Prześlij komentarz